Komu to przeszkadzało?

Początek roku szkolnego. Jak co roku. Z tym, że w tym roku 1 września wypada w sobotę, więc do szkoły pomaszeruje się w poniedziałek, trzeciego. Fajnie jest być z wakacjami jeszcze 2 dni do przodu 🙂 Ale nie o tym mowa. O podręcznikach tym razem garść refleksji.

Onegdaj było tak, że do każdego przedmiotu dziatwa posiadała jeden i wiadomo jaki podręcznik. W czerwcu na szkolnych korytarzach kipiało podczas urządzanych wtedy kiermaszy szkolnych od pokrzykiwań: „Komu matmę do szóstej?” „Ma ktoś jeszcze historię do piątej?!”…itd. Jeden podręcznik zaliczał żywot przeciętnie trzyletni, zanim nie rozpadł się na dobre i nie rozleciał na kawałki. Podręczniki kupowało się za grosze używane. Chyba, że ktoś miał pecha i nie załapał się na używany na szkolnym kiermaszu. Wtedy mamusia musiała kupić nówkę z księgarni (też za grosze zresztą, podręczniki kosztowały symboliczne pieniądze, bo były dotowane przez państwo).

Dzisiaj …. no cóż. Czasy się zmieniły. Mamy kapitalizm. Przeciętny polski dzieciak żyjący w IV (trzeciej i pół?) RP, w dniu 1 września często nie wie jeszcze, z czego będzie się uczył. Do matematyki, chemii, fizyki, polskiego czy jakiegokolwiek innego przedmiotu książek jest zatrzęsienie. Co jeden autor to lepszy! Przebierać można jak w ulęgałkach: nauczyciel decyduje, który podręcznik będzie w tym roku przez uczniów używany. Decyzja niełatwa, bo jeden autor lepszy od drugiego a i cena podręcznika też ma znaczenie. Oj, ma! Rodzice dziatwy pilnie obserwują listę podręczników i liczą w kieszeni, czy po tym całym szaleństwie podręcznikowym starczy im aby chociaż do następnego pierwszego. Rzadko kiedy starcza.

Potem dzieją się takie rzeczy: są testy kompetencyjne i nauczycielka musi kserować coś tam z innego podręcznika, bo w tym z którego jej uczniowie się uczą akurat danego materiału nie ma. A na testach może być. Bo jest w programie.

Albo matury: abiturienci uczyli się danego przedmiotu z różnych podręczników – ogłupiona mnogością podręczników połowa polskich maturzystów nie zdała matury (!) , dobrze, że Giertych amnestii udzielił. Ale młodzi się wypięli: nie chcą amnestii. Oblanie matury przez jakąś nieprawdopodobną wręcz ilość abiturientów było precedensowym wydarzeniem w historii polskiej edukacji.

Ja wiem czego chcą: żeby w końcu ktoś zrobił porządek, wyznaczył jasne granice. Komu przeszkadzało to, że w całej Polsce wszystkich uczniów danej klasy obowiązywał nie tylko jeden program nauczania ale i jeden podręcznik? Ok, niech będą dwa – do wyboru przez nauczyciela. Ale co za dużo to niezdrowo.
Komercha paskudna i śmierdząca wzięła górę: każdy autor podręcznika chce jeden z drugim skosić kasę za swoje niepowtarzalne dzieło, które będzie przynosić tantiemy jemu i jego spadkobiercom do siódmego pokolenia. Gdzie w tym wszystkim jest dobro dzieci i młodzieży?

Nie jestem za „urawniłowką” generalnie. Ciągoty lewackie są mi obce. Ale jak się tak zastanowić, to na dobrą sprawę jeden podręcznik obowiązujący jak kraj długi i szeroki nikomu krzywdy żadnej nie uczynił. Wszyscy dziękować Bogu maturę zdali, z małymi wyjątkami potwierdzającymi regułę. Niektórzy nawet podążali dalej śladami naukowej kariery, zdobywając tytuły doktorów, docentów, profesorów.

Zakup podręczników nie był swego czasu kwestią „być albo nie być” całej rodziny w następnym miesiącu. Żaden bank nie kusił szybką pożyczką „na szkolne wydatki”. Bo nie było na co! Mundurki? W podstawówkach dzieciarnia młodsza nosiła niebieskie fartuszki z białymi kołnierzykami, do kupienia za grosze w każdym domu towarowym (hipermarketów kiedyś nie było) lub pobliskim osiedlowym sklepie odzieżowym. W liceum nosiło się marynarkę o kroju obojętnym, byle granatową lub w ostateczności czarną. Raczej klasyka, do dostania w każdym sklepie z odzieżą. Nie było mowy, aby szkoła wybierał firmę, od której uczniowie mają kupować mundurki – to rynek decydował. Wisiały sobie po sklepach różniste. Jeśli były kiepskie, to nie zostały sprzedane. Dzisiaj firma podpisująca umowę na dostawę mundurków nic nie musi, za wyjątkiem dostarczenia swojego krzywo uszytego chłamu do szkół. I tak rodzic zapłaci.

Pytanie: komu to wszystko przeszkadzało? Dlaczego pod uwagę nie jest brany interes uczniów i możliwości finansowe rodziców, tylko komercyjny sukces pojedynczych osób lub firm, które koniecznie chcą zarobić na tym, że dzieci muszą (bo istnieje obowiązek szkolny) chodzić do szkoły i się uczyć?

Zostaw odpowiedź